2013/09/07

SGD - Day 5

Krótko i na temat. 

Wczoraj rano: 47.7 kg.

Dzisiaj rano: 48.6 kg. 

Pomiędzy: napad. 

Miałam ochotę popełnić samobójstwo. 

2013/09/05

SGD dzień 3 i 4 :)

Cóż - wczoraj się nie popisałam. Nawet nie mam co się rozwodzić - tak, jak rano zobaczyłam na wadze 47.8 kg, tak dzisiaj już 48.1 :( Złapał mnie tak ogromny głód, że to nie był napad na żarcie, ale po prostu szansa na obronę przed omdleniem. No i bilans mi wyszedł 900 kcal, aż wstyd się przyznać...

Za to dzisiaj sobie to odbijam z nawiązką.

Śniadanie:
jogurt naturalny z muesli - 120 kcal

2 śniadanie:
nektarynka - 60 kcal (podobno mam nie liczyć, więc zapisuję, ale nie dołączam do sumy)
pełnoziarnista bułka z białym serem - 250 kcal

Obiad:
kotlecik - 100 kcal
kasza kuskus -  60 kcal
leczo (troszkę, bez mięsa) - 30 kcal

Deser: mini snickers: 40 kcal.

Mam nadzieję, że wymigam się od kolacji. Ale nawet gdyby nie, to nie stanowi to dla mnie problemu, bo podczas treningu i ponad godzinnej jogi spaliłam około 500 kcal! Więc generalnie z żarełka wychodzi 600 minus 500 = bilans idealny.

Mam nadzieję, że jutro to się odbije na wadze, bo szczerze mówiąc rano czułam się tak obleśnie, jak tylko można sobie wyobrazić. Nie polecam tego uczucia.

Będzie dobrze!

2013/09/03

SGD - Day 2

Uff... to już za mną. Sukcesem zakończyłam drugi dzień diety. Najtrudniejsza będzie noc, bo idę spać na całkowitym głodzie, ale może sen mnie "nasyci". :)

Jak to wyglądało dzisiaj dokładnie:
Waga: 48.6 kg!!! Wiem, że po części to jest odwodnienie organizmu, ale przynajmniej zrzucam ten okropny tłuszcz!

Śniadanie:
Jogurt naturalny z malutkim dodatkiem muesli (ok. 120 kcal)

2 Śniadanie:
Nektarynka (której nie powinnam liczyć do bilansu, a jednak to robię) - 60 kcal

Obiad:
Zupa krem z kalafiora (100 kcal)
Odrobina lecza bez kiełbasy (ok. 20 kcal)
1 placek (mały) ziemniaczano-jaglany (ok.50 kcal)

Bez kolacji.

Razem: 350 kcal. Z owocem.

Trzeba jeszcze odliczyć trening - około 300 spalonych kalorii. I wychodzę niemalże na zero.

Mam dużo wiary w to, że mi się uda. Staram się i na razie widzę, że chodzenie do szkoły znacznie wszystko ułatwia, jeśli chodzi o niejedzenie. Trochę czuję się osłabiona, głowa mnie pobolewa, ale to nic. Przejdzie. Cel uświęca środki. Będę perfekcyjna.

2013/09/02

Wracam z pełną parą - Skinny Girl Diet Day 1

Trochę mnie tutaj nie było, ale nadrabiam zaległości.

W związku z rozpoczętą dziś dietą SGD postanowiłam co tydzień w niedzielę mierzyć swoje ciało. Oto wyniki z wczoraj, po kilogramowym przytyciu na wakacjach:

Waga: 49.6 kg (okropieństwo)
Udo: 47 cm
Biodra: 79 cm
Talia: 68 cm
Ramię: 24 cm

Wszystko to jedno wielkie obrzydlistwo. Ale dlatego też jestem na diecie. Trzeba walczyć o siebie.
Dziś rano miałam: 49.3 - jest progres!

Jak mi poszedł pierwszy dzień SGD?

Śniadanie:
1 jogurt naturalny (70 kcal)
Kawa na mleku odtłuszczonym (ok. 30 kcal)
Guma bezcukrowa do żucia

2 śniadanie:
Czerwona herbata (dobra na wszędobylski tłuszcz)
1 babeczka wegańska (bez przetworzonych rzeczy, cała z naturalnych składników, więc dość mało kaloryczna, myślę, że do 50 kcal)

Dodatkowo popłudniowa nektaryna (matka we mnie wmusiła): 50 kcal. Wiem, że tego niby się nie bierze pod uwagę, ale kalorie to kalorie, bez znaczenia skąd pochodzą.

Obiad:
1 ziemniak ugotowany w mundurku (do 70 kcal)
Łyżka białego serka odtłuszczonego (ok. 25 kcal)


Kolacja:
1 kromka chleba pełnoziarnistego (100 kcal)
2 plasterki szynki (100% mięsa) ok. 30 kcal.


WYCHODZI LEKKO PONAD 400 KCAL!!! Mimo, że jedzenia było niebezpiecznie dużo :)

Od tego trzeba odjąć długi bieg na przystanek, co odejmuje mi ok. 80 kcal, może troszkę mniej, ale wystarczająco, żeby zmieścić się w limicie.

Bardzo dobrze się czuję. Żadnego osłabienia, bólu głowy ani innych takich. Od jutra zaczynam regularne treningi, więc może już nie być tak kolorowo, ale nie mam tendencji do omdleń (oprócz snów nigdy mi się to nie zdarzyło), więc będzie dobrze!

Co jest dziwne od dwóch tygodni nie mam planowanego okresu. W moim wypadku jeszcze nie są to regularne miesiączki, ale i tak zastanawiające, czy wahania wagi mogą tak "od razu" zaburzyć działanie tego systemu. Byłoby cudownie, bo to oznacza, że jak na pierwszy rzut schudłam wystarczająco i w spokoju mogę dążyć do dalszych celów. Dzisiaj czuję się spełniona :)

2013/08/30

Mój plan - mała zmiana.



Tak postanowiłam wczoraj. Skinny Girl Diet. Od poniedziałku. To jest cały miesiąc, po jego upłynięciu chcę być inną dziewczyną. I myślę, że jestem wystarczająco zdeterminowana by wytrwać. W szczególności, że na tym wyjeździe dobiłam do 49 kg, jutro wracam do domu. :/ Moja waga mnie przeraziła na tyle, źe nie ma bata, abym sobie odpuściła. Do szkoły idę gruba, niestety. Ale później będzie już tylko lepiej. 

2013/08/29

Podsumowanie.

Uznałam, że należy jakoś podsumować to, co działo się przez statnich kilka tygodni.

Przede wszystkim schudłam. Ile dokładnie - ciężko powiedzieć, bo jestem na wakacjach i teraz waga nie jest stała. Około 3 kilogramów. Oczywiście - taki wynik w ogóle mnie nie zadowala, zawsze mogło by być więcej, ale z drugiej strony wiem, że naprawdę dużo zrobiłam. Dodatkowo fakt, że są to wakacje nie ułatwia niczego. Rodzice mają większą kontrolę nad tym, co jem, bo spędzamy więcej czasu w swoim towarzystwie. Nie da się również ukryć, że zaczęli się bardziej przejmować całą moją osobą odkąd rozpoczęłam leczenie.

Pytanie: co dalej? Jestem gruba, moje nogi są obrzydliwe, a całe moje ciało przyprawia mnie o torsje. W związku z tym od września biorę się tak ostro za siebie jak nigdy. Wcześnie rano wychodzę do szkoły, z treningu wracam późnym popołudniem. I tak codziennie. Muszę ustalić jakiś program, dzięki któremu będę się utrzymywać w chudnięciu. Mieszkanie z rodzicami w tym nie pomaga. Wszędzie widzę tyle przeszkód...

Generalnie myślę, że niejedzenie to najlepsza strategia. Rano muesli z jogurtem naturalnym i na tym będę lecieć cały dzień. Po 8h w szkole zjem ewentualnie jakiś owoc. W między czasie po prostu gumy do żucia i woda, z jakimś odchudzającym specyfikiem ewentualnie. Jakiś "zapychacz". Nie widzę innej możliwości zrzucania wagi. Może nie jest to najroztropniejszy sposób - spowolnienie przemiany materii i inne gówna... Ale trudno. Nie mogę znieść myśli, że mogłabym jeść coś, co ma kalorie - te mnie wręcz obrzydzają. Tak już jest. Z czasem troszkę to zmodyfikuję, dodam jakieś kiełki, czarną kawę do śniadania, dodatkową kanapeczkę pełnoziarnistego chleba z pomidorem, ale też bez przesady. Po powrocie do domu mama pewnie będzie mnie raczyła jakimś obiadkiem. Na szczęście jest gorącą zwolenniczką zdrowego żywienia. Nie będzie więc aż tak strasznie.

Mój cel - 40 kg. Jeszcze 8 kilo w dół. Przy wzroście 165cm. Powoli zbliżam się do granicy niedowagi, ale co z tego, skoro moje nogi są wręcz monstrualne...

Może trochę to wyolbrzymiam, bo dzisiaj psychicznie zdecydowanie gorzej się czuję... Wczoraj też (żeby uczcić to, że sobie "odpuściłam" na te ostatnie dni wakacji i to, że do mojej kompanii dołączyło dwóch miłych kumpli imionami Cookie i Muffin) trochę sobie pozwoliłam za bardzo na słodycze...

Cieszę się, że się za siebie biorę. Na poważnie. Bo wiem, że będę zajebista i osiągnę cel. 

2013/08/28

Tylko tyle.

Chwilowe zawieszenie broni.

Tak postanowiłam. Wróciłam do żywych (jeśli chodzi o chorobę) i odpuszczam walkę z rodzicami aż do dnia wyjazdu. Potem zacznie się szkoła, treningi i późne powroty do domu - nikt nie będzie kontrolował mojego jedzenia. I dobrze. Nie będę nic jeść.

Schudnę i będę zajebista. Będę miała super-niedowagę. Zajebiste nogi. Zajebisty brzuch. Zajebiste ramiona. Zajebiste obojczyki.  Zajebistą twarz. Będę perfekcyjna.

W końcu w trumnie trzeba wyglądać ładnie.
Taki żart.

Szkoda, że do szkoły wrócę uboższa tylko o 3 kg, ale wszyscy wiedzą, że wspólne rodzinne wyjazdy nie sprzyjają odchudzaniu. W niektórych sytuacjach tylko czerwona bransoletka przypomina mi kim naprawdę jestem i gdzie jest moje miejsce. 

2013/08/25

Siła perswazji psychiki.

48.1 kg! Te wynik (dzisiejszy) jest na 100% wiarygodny.

A to wszystko dlatego, że się rozchorowałam. Niestety, albo na szczęście. Przez cały poprzedni rok szkolny (bo tak daleko sięgam pamięcią odnośnie mojego zdrowia) nie nabawiłam się ŻADNEJ infekcji, stojąc na przystankach i marznąc na treningach, a teraz, w upały i odkąd rozpoczęłam moją przygodę z Aną - aż dwie. Przez to też moja mama się trochę niepokoi, a ja obiecałam sobie, że następnym razem nikomu nie powiem, tylko sama będę się objadać paracetamolem dla zbicia gorączki. Ta niestety jest bardzo wysoka - dziś w nocy (tak jak i w lipcu) miałam 39,5 kresek na termometrze. Ale dzięki temu chudnę, chudnę, chudnę!

A przede wszystkim - nie poddaję się! I to się liczy najbardziej.

2013/08/22

No i co teraz?

Przez ostatnie dni przytyłam. 0,5kg. Staram się, jak mogę, ale wszędobylskie jedzenie i upierdliwi rodzice u boku nie pozwalają mi na realizację własnych planów.

Teraz dali mi ultimatum. Albo zacznę normalnie jeść, albo mogę pożegnać się z marzeniem, będącym już raz w moim zasięgu. Muszę zacząć bardziej oszukiwać i na rzecz tej kromki (fu...) powiększyć ilość sportu tutaj. Na razie chudnięcie wcale a wcale mi nie wychodzi i nie ukrywam, że jestem tym lekko podłamana. Wiem, że muszę się bardziej starać, ale jest to bardzo trudne.

Znowu mam wrażenie jakbym z tym wszystkim była sama. Już sam fakt, że o tym wszystkim piszę na blogu, na którego nikt nie wchodzi o tym świadczy...

Jest źle. Idę pływać. 

2013/08/20

...

Cały czas ta sama waga - 48 kg. Te niewielkie wahania, jakie się pojawiają to (przypuszczam) woda w organizmie, więc nie ma czym się przejmować.

Zaczęłam się tylko obawiać, czy to na pewno normalne, żebym otrzymywała wciąż ten sam wynik. Może po prostu ta waga źle działa? W takim razie boję się, co będzie, jak wrócę do domu.

Muszę powiedzieć, że to, co wcześniej myślałam o tym wyjeździe było kłamstwem. Odchudzać się tutaj jest bardzo trudno. Wcale nie z powodu jedzenia i mojego braku opanowania. To tylko rodzice. Kontrolują wszystko, co jem, wciąż robią mi wyrzuty. Staram się już nie rozbierać do stroju kąpielowego, bo wiem, że mój "odświeżony" wygląd nie uchodzi ich uwagi. To jest denerwujące i muszę naprawdę mocno się starać.

Muszę robić wszystko, co w mojej mocy. Po rozpoczęciu roku szkolnego będzie mi już o niebo łatwiej. 

2013/08/19

Pomimo grzechu...

UTRZYMANA WAGA! 47.9 kg!

Póki co idzie naprawdę dobrze, mimo, że moje daleko idące plany odchudzania się są przeplatane zapewnianiem rodziców, że ja przecież "wcale się nie odchudzam".

Wczoraj nagrzeszyłam, ale też bardzo bardzo bardzo dużo się ruszam, czemu zawdzięczam dzisiejszy wynik. Na szczęście.

:)

2013/08/18

JEEEEE!!!

Entuzjastycznie i nadmorsko: 47.9 kg!!! Nie wiem dokładnie jak to się stało, bo w końcu wczoraj prawie cały czas siedziałam w samochodzie nie zażywając zbyt wiele ruchu, a na dodatek wieczorem na "dobre" rozpoczęcie wypoczynku zażyliśmy bardzo kalorycznego shake'a. Mimo to, po dzisiejszym 8 km bieganiu po plaży właśnie taki wynik zobaczyłam na hotelowej wadze.

Wszystko byłoby naprawdę super, gdyby nie fakt, że rodzice są aż zanadto dociekliwi. I opiekuńczy. Mogą mi pokrzyżować plany, bo mówią, że teraz mnie przypilnują ile będę jadła, a to oznacza wzmożoną czujność. Trudno. Jakoś muszę sobie z tym poradzić.

Ten, kto czyta: Trzymaj za mnie kciuki! 

2013/08/17

Eh...

Historia lubi się powtarzać - 48.3 kg.

Niedługo wyjeżdżam - nad morze, o czym zdarzyło mi się już pisać. Postaram się o zachowanie regularności wpisów :) Czeka mnie ciężka praca, ale nie wątpię, że na wyjeździe chcę schudnąć. 

2013/08/16

48 kg nadal moim celem

Cóż...

Wczoraj potężnie się zdziwiłam. Otóż na rodzinnego grilla Ana mnie opuściła. Nie było jej. Czułam się zupełnie normalnie i CHCIAŁAM jeść. To było straszne - nic mnie nie powstrzymywało, żadna wewnętrzna siła, z którą się utożsamiam. Nic.

No i dzisiaj o 0,3 kg więcej. Więc do 48 kg nadal dążę.

Jest mi głupio tu o tym pisać. Są to moje ogromne porażki, a do nich przecież nikt nie chce się przyznawać. Ale może dzięki temu moja motywacja wzrośnie.

Tak jak wcześniej walczyłam w obrębie 49 kg, tak teraz robię to samo przy 48.

Dam radę. Muszę. 

2013/08/15

Coraz bliżej...

48.3!

Jutro musi być 48 kg, po prostu musi. Zrobię wszystko, żeby tak było. Na razie jestem bliska spełnienia swojego celu.

Ostatnio wciąż jestem głodna. Wydaje mi się, jakby głód, po niezjedzonych w całości posiłkach, nakładał się na siebie i wciąż rósł. Coraz częściej żuję gumy - odkrywam ich zbawienne znaczenie. I polecam każdemu.

Wczoraj przypomniałam sobie fantastyczną rzecz, która umożliwi mi schudnięcie na wyjeździe nad morze (to już w sobotę). W tym hotelu są tylko dwa posiłki!!! Śniadanie i obiado-kolacja. Z tego co pamiętam, to są one o takich godzinach, że czasem zdarzało się, że wcale nie szliśmy rodzinnie na miasto, żeby coś zjeść w porze obiadowej. I całe szczęście. Przy takiej dawce ruchu, jaką sobie zaplanowałam jestem niemalże pewna, że nadal podtrzymam chudnięcie - nawet podczas wyjazdu. Może nie będzie ono w tak szybkim tempie, jak ostatnio (3dni - kilogram), bo mimo wszystko 1 raz na tydzień chcę sobie pozwolić na gofra z owocami. Na pociechę. Pewnie będzie to podczas jednego z napadów.

Nie miewam ich często, generalnie prawie w ogóle - kontroluję to, co jem i nawet narastający głód nie powoduje, że mam ochotę rzucić się na jedzenie. To jest bardzo pozytywne.

:)

2013/08/14

Uffff...

Ulga - wczorajsza ciężka praca się opłaciła. Dzisiaj wróciłam (niemalże) do poprzedniej wagi - 48.6 kg!

Mam jeszcze 2 dni, żeby zejść do 48. Tak sobie postanowiłam i tak ma być! Ja mam dość dużą kontrolę nad samą sobą, więc jest spora możliwość, że mi się uda.

Mam dodatkową satysfakcję, bo widzę jakieś efekty. Na razie drobne i delikatne, ale zawsze. Oprócz typowych cieni pod oczami i bladej skóry (i ogromnych problemów ze spaniem, co jest podobno typowe) obojczyki zaczęły mi wystawać, podobnie kości kulszowe (w pośladkach), czy piszczele. Wiem, że nie są to ogromne zmiany, a do perfekcji jeszcze baaaardzo długa droga, ale jestem gotowa ją przebyć, bez względu na wszystko. Po prostu wiem, że musi mi się udać i nikt nie jest w stanie zmienić tego postanowienia.

Do każdego poczatkującego motylka: nie poddawaj się! Spróbuj zauważyć te małe zmiany, abyś mogła czerpać z nich dodatkową motywację do codziennej walki. :)

2013/08/13

Brak słów.

To było straszne. Typowy napad. I jedno teraz słowo cisnące się na usta: KU*WA. Bo na wadze pół kilo więcej - równo 49.

Nie wiem jak do tego doszło, ale nigdy więcej. NIGDY WIĘCEJ nie mogę sobie pozwolić na coś takiego, na zaprzepaszczenie wszystkiego, co robiłam aby schudnąć. To była najgłupsza rzecz, jaką mogłam wykonać. Sama nie mogę w to uwierzyć, jak beznadziejna jestem, że do tego dopuściłam...

Za 3 dni ma być 48.0 kg. I zrobię wszystko, żeby to osiągnąć. 

2013/08/12

W końcu coś drgnęło w dół!

48,5 kg - radosna nowina :)

Cieszę się, że pobiłam swój rekord i możliwości własnego ciała. W końcu należy się cieszyć z małych rzeczy.

Martwię się tylko tym, że niedługo zbliża się dwutygodniowy rodzinny wyjazd. Skoro niższą wagę mogę osiągnąć tylko na głodówce i nic nie jedzeniu (bo tak wczoraj było) to jak sobie poradzę nad morzem? Nie mam problemu z silną wolą - ciasto może leżeć przede mną na talerzu, a ja i tak go nie skosztuję (przykładowo), ale to bardziej rodzina stanowi dla mnie problem.

Rodzice za bardzo węszą. Muszę się nieźle kryć i nagimnastykować, żeby nie zauważyli, że nie jem. Różne "tricki" już stosuję, ale będąc z nimi w hotelu, chodząc razem do restauracji... Naprawdę ciężko. Ale Ana mi pomoże. Będziemy się dużo ruszać. Będziemy jak najmniej jeść. Będziemy się starać.

Musi się udać :) 

2013/08/11

It is time to begin a war...

48.7 kg.

Teraz nie ma zlituj się - zaczynam walkę z najgłupszym wytworem tego świata, czyli organizmem. Wczoraj zjadłam bardzo mało i miałam wyczerpujący trening tenisa, a mimo to waga nie drgnęła. Czyli muszę się starać bardziej.

Oznacza to jedno. Zeszłam do wagi, która jest optymalna dla mojego ciała i dlatego będzie się ono broniło wszelkimi możliwymi sposobami, żeby więcej kilogramów nie ubyło, bo "wie" że zbliżamy się do granicy niedowagi. Mało mnie to obchodzi.

Wygram. Muszę wygrać. 

2013/08/10

Ćwiczenia działają przeciwnie do kierunku zamierzonego...

48.7 :/

Nie ukrywam, że jestem trochę rozczarowana. Generalnie miałam całodniową głodówkę, niedużo zjadłam (400 kcal), dużo poćwiczyłam i liczyłam na lepszy wynik... Staram się przeanalizować, co poszło nie tak.

Mam wrażenie, jakby ćwiczenia wzmacniające, jakie wykonywałam, zwiększyły masę mięśni (niewiele, ale jednak) i dlatego waga niewiele się od wczorajszej różniła. Jestem w martwym punkcie, bo nie wiem, czy mam zaprzestać tej aktywności, czy może wręcz przeciwnie poczekać, co się będzie zmieniało... Chyba sobie odpuszczę, bo w końcu zależy mi na zrzucaniu kilogramów, a nie przybieraniu mięśni.

Trochę mnie to podłamało, ale cóż - trzeba walczyć dalej i się nie poddawać. 

2013/08/09

Ćwiczenia...

Jestem strasznie zmęczona - dałam sobie porządnie w kość i jak do tej pory zjadłam ok. 400 kcal maksymalnie. Cieszę się, bo bardzo uważam na kalorie, które pożeram - nawet nektarynka ma ich dla mnie za wiele, więc odpuszczam sobie, bo wiem, że i tak nic mi to nie da. Lepiej się napić wody i zjeść jedną bezcukrową gumę.

Ćwiczenia jakie wykonałam były bardzo intensywne. Skupiam się na trzech częściach mojego ciała - brzuch, talia i uda. W ten sposób może je wymodeluję, a dodatkowo spalę tłuszcz zalegający wszędzie w moim ciele. Coraz gorzej się w nim czuję, bo widzę ten tłuszcz dosłownie wszędzie. Wszyscy wokół mnie twierdzą, że jestem mega zgrabna, mając niecałe 168 cm wzrostu i ważąc (teraz) 48,8 kg. Ale nadal dla mnie każde miejsce, które mogę uszczypnąć, te okropne uda, duże ramiona sprawiają, że czuję się obrzydliwa.

I dlatego zaostrzam wszystkie działania.

Muszę to poprawić. 

Chudnę, chudnę, chudnę!!!

48.8 kg!

Ostatnio coś zwolniłam z procesem zrzucania tłuszczu, ale staram się nadrabiać zaległości.

Cieszę się, bo bardzo mało jem, rozwiewam głupie podejrzenia matki o anoreksji i dużo ćwiczę. Wszystko mam pod kontrolą.

Od dziś, oprócz swoich jeździeckich treningów (odbywających się codziennie) rozpoczynam program intensywnych dodatkowych ćwiczeń na brzuch, uda i talię. Chcę to pociągnąć minimum do końca wakacji.

Niedługo czeka mnie również wyjazd nad morze - 2 tygodnie w czterogwiadkowym hotelu z zajebistym jedzeniem w postaci szwedzkiego stołu. Nie wiem, jak to wytrzymam, dodatkowo zważając na fakt, iż pod nosem będę miała gofry, rurki z kremem itd. To będzie prawdziwa próba zarówno dla mnie, jak i dla Any. Ale wierzę, że nam się uda. Codziennie rano będę biegać (8km po plaży, mam już swoją trasę) i pływać - 50 basenów. Dodatkowo te ćwiczenia, które sobie wytyczę i tenis (bo tam jest kort) co dwa dni.

Już powoli zaczynam sobie obmyślać jak uniknąć jedzenia na wyjeździe. Stwierdzam więc, że szwedzki stół ma swoje plusy, bo dzięki temu rodzice stracą możliwość idealnej kontroli tego, co pochłaniam. A nie będę pochłaniała nic.

Będę chudnąć! :)

2013/08/07

Witaj wago! - po dłuższym okresie przerwy.

Mój powrót do domu zakończony jak najbardziej szczęśliwie - 49 kg!

Cieszę się, że moje zwiększone (według mnie) dawki żywieniowe i niemalże siłowe wciskanie mi żarcia do ust przez podejrzliwą matkę nie doprowadziło do wzrostu wagi.

OBY TAK DALEJ! 

2013/08/05

Najgorzej to nie mieć wagi...

Wczoraj wyjechałam do dziadków. Gdy weszłam na wagę - ponownie pół kilograma więcej. Niestety, trochę sobie odpuściłam i szybko nadrobiłam, z racji bardzo mocno zwolnionej przemiany materii. Muszę przyznać - głodowanie znacznie obniża cały proces. 

Tutaj nie ma wagi, ani lustra. Monitorowanie dziennych porażek i sukcesów jest straszliwie utrudnione. Napiszę co i jak za dwa dni - gdy wrócę do domu. 

2013/08/03

Trochę thinspiracji :)

Czas na podniesienie motywacji!
Moje thinspirations:



















W kolejnym momencie super nastroju wrzucę więcej, które dla mnie są bardzo inspirujące i motywujące do dalszego działania. :)


Zwycięstwo!

49!!!! RÓWNIUTKO, równiuteńko - waga pokazała 49 kg.

Cieszę się, że udało mi się pokonać barierę własnego ciała. Jest podobno coś takiego jak waga optymalna, ale u mnie chyba została pobita. Na razie pięknie chudnę i ładnieję, a do pierwszego celu, przeze mnie ustalonego, zostały 4 kg zbędnego tłuszczu.

Bardzo mało jem i bardzo dużo się ruszam. Oczywiście - 0 słodyczy i jakichkolwiek przekąsek, jak rownież soków czy innych napojów. 0 chleba. 0 sera. Generalnie wszelki tłusty nabiał poszedł w odstawkę. 0 tłustych potraw. Wszystko staram się w bardzo malutkich ilościach, jednocześnie jednak tak, żeby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Jak już wspominałam - rodzice mają wzmożoną czujność, na którą trzeba uważać i mieć się na baczności...

Co nie zmienia faktu, że jestem bardzo szczęśliwa oraz dumna z samej siebie. :)

Wiedziałam, że Ana mnie nie opuści i będzie ze mną w trudnych chwilach głodu. Na razie wszystko idzie po mojej myśli. Oby tak dalej!!! 

2013/08/02

Ufff...

Wczoraj też "zaszalałam" z jedzeniem, ale waga wypadkowa - 49,5 kg. Nie mam nawet o czym pisać. Głupia terapeutka wczoraj zasiała we mnie ziarno niepewności, ale myślę, że je wyplewiłam. Wiem czego chcę i jaki jest mój cel. Nic jej do tego. Muszę tylko bardzo się starać, żeby wytrzymać w swoich postanowieniach. :)

2013/08/01

Suka...

Psychoterapeutka to ze mnie wyciągnęła. Suka. Wcale nie chciałam jej powiedzieć, ale to co ona wtedy stwierdziła, do jakich dochodziła wniosków, jak to wszystko potem przeobrażała - straszne.

Wciąż próbowała mi wmówić, że to choroba. NIEPRAWDA! Może to jest uznane za stan nienormalny, ale na pewno nie chorobowy. Po prostu chcę być piękna, smukła, chuda i perfekcyjna. Z każdej strony. To nie jest tak dużo.

Dzisiaj też mi idzie gorzej z dietą. Mam bardzo ambitny plan, żeby pobiegać sobie, albo pojeździć na stacjonarnym rowerze, bo coś muszę ze sobą zrobić, żeby spalić kalorie, które dzisiaj zjadłam. Coraz gorzej mi idzie. Muszę to zmienić, bo zmienię się w kłębek nerwów zamiast w motyla.

Jutrzejsza waga powie mi wszystko. 

Porażka... albo i jej brak?

Ten stres przed porażką, wręcz przejmujący strach, jaki towarzyszył mi dzisiejszemu wchodzeniu na wagę był ogromny. Bałam się, że znowu zobaczę to obrzydliwe 50 kg.

Ale nie. 49,6 kg czyli dokładnie tak jak było wczoraj!

Na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech. Teraz już na pewno nie doprowadzę do sytuacji, w której nie będę pewna niższego wyniku wchodząc na wagę - to było okropne. Dlatego będę tego skrupulatnie unikać - trzymam się diety mocniej niż kiedykolwiek. A wiem, że Ana z pewnością mi w tym pomoże, zresztą tak, jak do tej pory.

2013/07/31

Ojojoj...

Dzisiaj wyjątkowo niesprzyjające odchudzaniu okoliczności. Na rodzinnym stole przy okazji większego zgromadzenia znalazło się kilka ciast, a zamiast obiadu i kolacji - obfitujący we wszystko grill. Podsumowując przez cały dzień zjadłam same tłuste i obrzydliwe rzeczy - jak teraz o nich pomyślę, to autentycznie robi mi się niedobrze i przysięgam sobie, że nigdy więcej. Gdyby Ana mogła mówić na pewno nie byłaby zbyt zadowolona, że tak się poddałam, chcąc zjeść coś dobrego. I jutro na pewno zostanę solidnie za to ukarana na wadze... Tylko czekam na tę porażkę... 

Powrót z choroby do życia...

Niestety - dzisiaj czuję się już zupełnie normalnie i nic na to nie mogę poradzić. Waga: 49.6kg. Wiem, że wahania w obrębie 1kg są w pełni naturalne i związane z przybieraniem wody w ciele, więc nie przejmuję się tym za bardzo. Faktycznie - mogę przyznać, że w ostatnim czasie byłam bardzo odwodniona. Teraz głupi organizm sobie to odbija.

Zauważam zmiany w ciele. Kości biodrowe zaczęły porządnie wystawać, jak również obojczyki. Upragnione wcięcie w talii jest coraz wyraźniejsze, a miejsc do "uszczypnięcia" ubywa. Kocham ten stan, kiedy mogę obserwować jak to wszystko ewoluuje, jak powoli zmieniam się w motylka... Polecam to każdemu. Niepowtarzalne uczucie. Na pewno warte głodu, walki, starań, a czasem nawet łez bólu. 

30lipca2013

49.5!

Kiedy czytam te wszystkie blogi dziewczyn, których marzeniem (tak jak i moim) jest zostać motylkiem z wymarzoną sylwetką i figurą, głównie widzę pasmo porażek i wagi ze wskazówką nie chcącą drgnąć w dół. To jest zastanawiające, dlaczego u mnie idzie to tak szybko i obawiam się, że zaraz po cudownym wyzdrowieniu z choroby i nabraniu wody w ciało waga wyląduje normalnie. Teraz mam wciąż gorączkę, dodatkowo naturalne przeczyszczanie, więc generalnie jestem odwodniona i z tego może wynikać spadek wagi. 
Mimo to mam nieśmiałą nadzieję, że może to mój brak jedzenia przyczynia się do tego, co powinnam nazwać sukcesem :)

Tak jak na dzisiejszym obrazku - zamierzam walczyć, być silną i dokonać tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się być niemożliwe. Ja wierzę w siebie i w Anę. Uda nam się. 

49.5!
Kiedy czytam te wszystkie blogi dziewczyn, których marzeniem (tak jak i moim) jest zostać motylkiem z wymarzoną sylwetką i figurą, głównie widzę pasmo porażek i wagi ze wskazówką nie chcącą drgnąć w dół. To jest zastanawiające, dlaczego u mnie idzie to tak szybko i obawiam się, że zaraz po cudownym wyzdrowieniu z choroby i nabraniu wody w ciało waga wyląduje normalnie. Teraz mam wciąż gorączkę, dodatkowo naturalne przeczyszczanie, więc generalnie jestem odwodniona i z tego może wynikać spadek wagi. 
Mimo to mam nieśmiałą nadzieję, że może to mój brak jedzenia przyczynia się do tego, co powinnam nazwać sukcesem :)
Tak jak na dzisiejszym obrazku - zamierzam walczyć, być silną i dokonać tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się być niemożliwe. Ja wierzę w siebie i w Anę. Uda nam się. 

Rekord pobity! - 29lipca2013

Ostatnia moja przygoda z odchudzaniem zakończyła się na wyniku 50 kg.
Dzisiaj uroczyście oznajmiam, że ta waga została pobita: na wyświetlaczu zobaczyłam 49.9!  
Zdaję sobie sprawę, że to dzięki Anie, bo żadną inną “normalną" dietą nie dokonałabym tak spektakularnego sukcesu! Cieszę się też, że nie jestem z tym sama - jest Ana i są tysiące dziewczyn na całym świecie. Takich jak ja. Aż chcę próbować dalej, żyć i cieszyć się spadającą wagą i najlepszymi nogami, jakie świat widział! 

28lipca2013

To zdjęcie przedstawia mnie… A raczej mój nadgarstek, czyli jedyną naprawdę szczupłą część mojego ciała. Od wewnątrz naznaczony białymi kreskami, które dla mnie są odzwierciedleniem cudownej przeszłości, a dla innych bliznami nie do zrozumienia. 

Postanowiłam w pewien sposób upieczętować moją nową przyjaźń. Niewiele pracy kosztowało mnie wykonanie bransoletki w czerwonym kolorze, tak charakterystycznym dla wszystkich osób z tym samym stylem życia. Cieszę się, mogę powiedzieć nawet, że odczuwam radość, na myśl, że znalazłam coś, co jest w pełni moje i nikt mi nie może tego odebrać. Przynależę gdzieś i odnalazłam cel mojej egzystencji. Czuję się kimś i to uczucie polecam wszystkim ludziom takim jak ja. 

Ostatnio na spotkaniu z psychoterapeutką (w sumie już drugie, odkąd rodzice dowiedzieli się o samookaleczeniach i odkąd rozpoczęłam przyjmowanie antydepresantów) padło pytanie, czy faktycznie chcę się wyleczyć. Teraz znam już odpowiedź. Nie. Chcę móc być z Aną, mieć możliwość bycia chudą i piękną, mieć nawet to wyjście zapoznania się bliżej z kuzynką Mią, czego na razie nie rozważam, móc zostać motylem, a życie zakończyć wtedy, kiedy będę miała na to ochotę. Tak mam nadzieję, że będzie. 

Z jedzeniem troszkę przesadziłam, ale mam nadzieję, że nie odbije się to poważnie na mojej wadze, a dzięki dzisiejszemu zaprzysiężeniu starczy mi na pewno sił na walkę w kolejnych dniach. 

To zdjęcie przedstawia mnie… A raczej mój nadgarstek, czyli jedyną naprawdę szczupłą część mojego ciała. Od wewnątrz naznaczony białymi kreskami, które dla mnie są odzwierciedleniem cudownej przeszłości, a dla innych bliznami nie do zrozumienia. 
Postanowiłam w pewien sposób upieczętować moją nową przyjaźń. Niewiele pracy kosztowało mnie wykonanie bransoletki w czerwonym kolorze, tak charakterystycznym dla wszystkich osób z tym samym stylem życia. Cieszę się, mogę powiedzieć nawet, że odczuwam radość, na myśl, że znalazłam coś, co jest w pełni moje i nikt mi nie może tego odebrać. Przynależę gdzieś i odnalazłam cel mojej egzystencji. Czuję się kimś i to uczucie polecam wszystkim ludziom takim jak ja. 
Ostatnio na spotkaniu z psychoterapeutką (w sumie już drugie, odkąd rodzice dowiedzieli się o samookaleczeniach i odkąd rozpoczęłam przyjmowanie antydepresantów) padło pytanie, czy faktycznie chcę się wyleczyć. Teraz znam już odpowiedź. Nie. Chcę móc być z Aną, mieć możliwość bycia chudą i piękną, mieć nawet to wyjście zapoznania się bliżej z kuzynką Mią, czego na razie nie rozważam, móc zostać motylem, a życie zakończyć wtedy, kiedy będę miała na to ochotę. Tak mam nadzieję, że będzie. 
Z jedzeniem troszkę przesadziłam, ale mam nadzieję, że nie odbije się to poważnie na mojej wadze, a dzięki dzisiejszemu zaprzysiężeniu starczy mi na pewno sił na walkę w kolejnych dniach. 

28lipca2013

Optymistycznie oznajmiam: 50.2!

Choroba dla odchudzania to faktycznie cudowna rzecz. Polecam!

 Myślę, że nie chcę mieć dwóch patyków zamiast nóg, ale na pewno zgrabniejsze niż teraz. Czasem nie mogę na siebie patrzeć w lustrze, stwierdzając, że jestem mało atrakcyjna, a czasem nawet gruba. Porównując mnie z innymi osobami na ulicy na pewno nikt by tak nie stwierdził, w końcu mam 15 lat, więc taka waga jest jak najbardziej w normie, ale nic nie poradzę na moje upodobania względem innego wyglądu. 

Niestety - przyjaźń z Aną wiąże się z wieloma negatywnymi skutkami. Wypadają mi włosy, i to w dużej ilości. Ale mówi się trudno… Jak już schudnę i będę miała wymarzoną sylwetkę zacznę się tym martwić. 

Optymistycznie oznajmiam: 50.2!
Choroba dla odchudzania to faktycznie cudowna rzecz. Polecam!
 Myślę, że nie chcę mieć dwóch patyków zamiast nóg, ale na pewno zgrabniejsze niż teraz. Czasem nie mogę na siebie patrzeć w lustrze, stwierdzając, że jestem mało atrakcyjna, a czasem nawet gruba. Porównując mnie z innymi osobami na ulicy na pewno nikt by tak nie stwierdził, w końcu mam 15 lat, więc taka waga jest jak najbardziej w normie, ale nic nie poradzę na moje upodobania względem innego wyglądu. 
Niestety - przyjaźń z Aną wiąże się z wieloma negatywnymi skutkami. Wypadają mi włosy, i to w dużej ilości. Ale mówi się trudno… Jak już schudnę i będę miała wymarzoną sylwetkę zacznę się tym martwić. 

Przyjaciółka Ana. - 27lipca2013

(Pierwsze kilka postów będzie skopiowanych z mojego dawnego bloga na portalu tumblr. Nie podobał mi się tam brak możliwości dodawania komentarzy - chciałabym, aby każdy chętny mógł zaznaczyć swoją obecność tutaj, jak również moim marzeniem by było uzyskanie dodatkowych ludzi wspierjących moje zmagania z codziennym życiem)

Zaczynam pisanie tego bloga z bardzo prostych powodów - muszę nadać życiu cel i w pewien sposób go udokumentować. Bo kiedy odcięłam się od wszystkiego co miałam samotność i ból były tak silne, że dopiero w niej znalazłam oparcie i możliwość przeżycia. Teraz widzę, że to, co kiedyś pojmowałam za chorobę psychiczną jest w istocie czymś dużo lepszym i niepowtarzalnym. Cel, chęć osiągnięcia go, zwiększone pragnienie życia i doznania lepszego wyglądu i sylwetki, którą będę dzielić z Aną, to to, co trzyma mnie jeszcze na powierzchni. 
Kiedy wszystko zaczęło się sypać, a rodzice dowiedzieli się o licznych samookaleczeniach (dla przyjemności, po prostu) musiałam wymyśleć coś nowego, abym (jako osoba autoagresywna) mogła jakoś zranić swoje ciało. I tak nagle narodził się pomysł walki ze zbyt grubymi udami, między którymi trudno dopatrzeć się upragnionej szpary. Ale łudzę się, że to już niedługo…
Niedawno wróciłam z obozu. Tam podjęłam pierwsze próby poradzenia sobie z wszechogarniającym tłuszczem, ale wrodzona łakomość podczas dwóch ostatnich dni i generalny brak wagi oraz dużego lustra sprawiły, że ciężko mi było kontrolować co i gdzie się odkłada. Po jako takiej głodówce wróciłam do domu ze starą wagą - 51.2 kg. 
Wczoraj wieczorem Ana zesłała na mnie cud. Choroba! 39.5 stopni gorączki, zupełny brak apetytu i doskonała wymówka niejedzenia przed rodzicami. Może w końcu przełamię złą passę stałej wagi 51.2 kg. Już dzisiaj było dużo lepiej (rano) - 50.6!!! Musi się udać. Nie ma innego wyjścia.
A ten blog ma być dodatkową motywacją, aby moja przyjaźń z Aną na długo pozostała w ukryciu i jak najlepszej formie.