Trochę mnie tutaj nie było, ale nadrabiam zaległości.
W związku z rozpoczętą dziś dietą SGD postanowiłam co tydzień w niedzielę mierzyć swoje ciało. Oto wyniki z wczoraj, po kilogramowym przytyciu na wakacjach:
Waga: 49.6 kg (okropieństwo)
Udo: 47 cm
Biodra: 79 cm
Talia: 68 cm
Ramię: 24 cm
Wszystko to jedno wielkie obrzydlistwo. Ale dlatego też jestem na diecie. Trzeba walczyć o siebie.
Dziś rano miałam: 49.3 - jest progres!
Jak mi poszedł pierwszy dzień SGD?
Śniadanie:
1 jogurt naturalny (70 kcal)
Kawa na mleku odtłuszczonym (ok. 30 kcal)
Guma bezcukrowa do żucia
2 śniadanie:
Czerwona herbata (dobra na wszędobylski tłuszcz)
1 babeczka wegańska (bez przetworzonych rzeczy, cała z naturalnych składników, więc dość mało kaloryczna, myślę, że do 50 kcal)
Dodatkowo popłudniowa nektaryna (matka we mnie wmusiła): 50 kcal. Wiem, że tego niby się nie bierze pod uwagę, ale kalorie to kalorie, bez znaczenia skąd pochodzą.
Obiad:
1 ziemniak ugotowany w mundurku (do 70 kcal)
Łyżka białego serka odtłuszczonego (ok. 25 kcal)
Kolacja:
1 kromka chleba pełnoziarnistego (100 kcal)
2 plasterki szynki (100% mięsa) ok. 30 kcal.
WYCHODZI LEKKO PONAD 400 KCAL!!! Mimo, że jedzenia było niebezpiecznie dużo :)
Od tego trzeba odjąć długi bieg na przystanek, co odejmuje mi ok. 80 kcal, może troszkę mniej, ale wystarczająco, żeby zmieścić się w limicie.
Bardzo dobrze się czuję. Żadnego osłabienia, bólu głowy ani innych takich. Od jutra zaczynam regularne treningi, więc może już nie być tak kolorowo, ale nie mam tendencji do omdleń (oprócz snów nigdy mi się to nie zdarzyło), więc będzie dobrze!
Co jest dziwne od dwóch tygodni nie mam planowanego okresu. W moim wypadku jeszcze nie są to regularne miesiączki, ale i tak zastanawiające, czy wahania wagi mogą tak "od razu" zaburzyć działanie tego systemu. Byłoby cudownie, bo to oznacza, że jak na pierwszy rzut schudłam wystarczająco i w spokoju mogę dążyć do dalszych celów. Dzisiaj czuję się spełniona :)