2013/09/07

SGD - Day 5

Krótko i na temat. 

Wczoraj rano: 47.7 kg.

Dzisiaj rano: 48.6 kg. 

Pomiędzy: napad. 

Miałam ochotę popełnić samobójstwo. 

2013/09/05

SGD dzień 3 i 4 :)

Cóż - wczoraj się nie popisałam. Nawet nie mam co się rozwodzić - tak, jak rano zobaczyłam na wadze 47.8 kg, tak dzisiaj już 48.1 :( Złapał mnie tak ogromny głód, że to nie był napad na żarcie, ale po prostu szansa na obronę przed omdleniem. No i bilans mi wyszedł 900 kcal, aż wstyd się przyznać...

Za to dzisiaj sobie to odbijam z nawiązką.

Śniadanie:
jogurt naturalny z muesli - 120 kcal

2 śniadanie:
nektarynka - 60 kcal (podobno mam nie liczyć, więc zapisuję, ale nie dołączam do sumy)
pełnoziarnista bułka z białym serem - 250 kcal

Obiad:
kotlecik - 100 kcal
kasza kuskus -  60 kcal
leczo (troszkę, bez mięsa) - 30 kcal

Deser: mini snickers: 40 kcal.

Mam nadzieję, że wymigam się od kolacji. Ale nawet gdyby nie, to nie stanowi to dla mnie problemu, bo podczas treningu i ponad godzinnej jogi spaliłam około 500 kcal! Więc generalnie z żarełka wychodzi 600 minus 500 = bilans idealny.

Mam nadzieję, że jutro to się odbije na wadze, bo szczerze mówiąc rano czułam się tak obleśnie, jak tylko można sobie wyobrazić. Nie polecam tego uczucia.

Będzie dobrze!

2013/09/03

SGD - Day 2

Uff... to już za mną. Sukcesem zakończyłam drugi dzień diety. Najtrudniejsza będzie noc, bo idę spać na całkowitym głodzie, ale może sen mnie "nasyci". :)

Jak to wyglądało dzisiaj dokładnie:
Waga: 48.6 kg!!! Wiem, że po części to jest odwodnienie organizmu, ale przynajmniej zrzucam ten okropny tłuszcz!

Śniadanie:
Jogurt naturalny z malutkim dodatkiem muesli (ok. 120 kcal)

2 Śniadanie:
Nektarynka (której nie powinnam liczyć do bilansu, a jednak to robię) - 60 kcal

Obiad:
Zupa krem z kalafiora (100 kcal)
Odrobina lecza bez kiełbasy (ok. 20 kcal)
1 placek (mały) ziemniaczano-jaglany (ok.50 kcal)

Bez kolacji.

Razem: 350 kcal. Z owocem.

Trzeba jeszcze odliczyć trening - około 300 spalonych kalorii. I wychodzę niemalże na zero.

Mam dużo wiary w to, że mi się uda. Staram się i na razie widzę, że chodzenie do szkoły znacznie wszystko ułatwia, jeśli chodzi o niejedzenie. Trochę czuję się osłabiona, głowa mnie pobolewa, ale to nic. Przejdzie. Cel uświęca środki. Będę perfekcyjna.

2013/09/02

Wracam z pełną parą - Skinny Girl Diet Day 1

Trochę mnie tutaj nie było, ale nadrabiam zaległości.

W związku z rozpoczętą dziś dietą SGD postanowiłam co tydzień w niedzielę mierzyć swoje ciało. Oto wyniki z wczoraj, po kilogramowym przytyciu na wakacjach:

Waga: 49.6 kg (okropieństwo)
Udo: 47 cm
Biodra: 79 cm
Talia: 68 cm
Ramię: 24 cm

Wszystko to jedno wielkie obrzydlistwo. Ale dlatego też jestem na diecie. Trzeba walczyć o siebie.
Dziś rano miałam: 49.3 - jest progres!

Jak mi poszedł pierwszy dzień SGD?

Śniadanie:
1 jogurt naturalny (70 kcal)
Kawa na mleku odtłuszczonym (ok. 30 kcal)
Guma bezcukrowa do żucia

2 śniadanie:
Czerwona herbata (dobra na wszędobylski tłuszcz)
1 babeczka wegańska (bez przetworzonych rzeczy, cała z naturalnych składników, więc dość mało kaloryczna, myślę, że do 50 kcal)

Dodatkowo popłudniowa nektaryna (matka we mnie wmusiła): 50 kcal. Wiem, że tego niby się nie bierze pod uwagę, ale kalorie to kalorie, bez znaczenia skąd pochodzą.

Obiad:
1 ziemniak ugotowany w mundurku (do 70 kcal)
Łyżka białego serka odtłuszczonego (ok. 25 kcal)


Kolacja:
1 kromka chleba pełnoziarnistego (100 kcal)
2 plasterki szynki (100% mięsa) ok. 30 kcal.


WYCHODZI LEKKO PONAD 400 KCAL!!! Mimo, że jedzenia było niebezpiecznie dużo :)

Od tego trzeba odjąć długi bieg na przystanek, co odejmuje mi ok. 80 kcal, może troszkę mniej, ale wystarczająco, żeby zmieścić się w limicie.

Bardzo dobrze się czuję. Żadnego osłabienia, bólu głowy ani innych takich. Od jutra zaczynam regularne treningi, więc może już nie być tak kolorowo, ale nie mam tendencji do omdleń (oprócz snów nigdy mi się to nie zdarzyło), więc będzie dobrze!

Co jest dziwne od dwóch tygodni nie mam planowanego okresu. W moim wypadku jeszcze nie są to regularne miesiączki, ale i tak zastanawiające, czy wahania wagi mogą tak "od razu" zaburzyć działanie tego systemu. Byłoby cudownie, bo to oznacza, że jak na pierwszy rzut schudłam wystarczająco i w spokoju mogę dążyć do dalszych celów. Dzisiaj czuję się spełniona :)

2013/08/30

Mój plan - mała zmiana.



Tak postanowiłam wczoraj. Skinny Girl Diet. Od poniedziałku. To jest cały miesiąc, po jego upłynięciu chcę być inną dziewczyną. I myślę, że jestem wystarczająco zdeterminowana by wytrwać. W szczególności, że na tym wyjeździe dobiłam do 49 kg, jutro wracam do domu. :/ Moja waga mnie przeraziła na tyle, źe nie ma bata, abym sobie odpuściła. Do szkoły idę gruba, niestety. Ale później będzie już tylko lepiej. 

2013/08/29

Podsumowanie.

Uznałam, że należy jakoś podsumować to, co działo się przez statnich kilka tygodni.

Przede wszystkim schudłam. Ile dokładnie - ciężko powiedzieć, bo jestem na wakacjach i teraz waga nie jest stała. Około 3 kilogramów. Oczywiście - taki wynik w ogóle mnie nie zadowala, zawsze mogło by być więcej, ale z drugiej strony wiem, że naprawdę dużo zrobiłam. Dodatkowo fakt, że są to wakacje nie ułatwia niczego. Rodzice mają większą kontrolę nad tym, co jem, bo spędzamy więcej czasu w swoim towarzystwie. Nie da się również ukryć, że zaczęli się bardziej przejmować całą moją osobą odkąd rozpoczęłam leczenie.

Pytanie: co dalej? Jestem gruba, moje nogi są obrzydliwe, a całe moje ciało przyprawia mnie o torsje. W związku z tym od września biorę się tak ostro za siebie jak nigdy. Wcześnie rano wychodzę do szkoły, z treningu wracam późnym popołudniem. I tak codziennie. Muszę ustalić jakiś program, dzięki któremu będę się utrzymywać w chudnięciu. Mieszkanie z rodzicami w tym nie pomaga. Wszędzie widzę tyle przeszkód...

Generalnie myślę, że niejedzenie to najlepsza strategia. Rano muesli z jogurtem naturalnym i na tym będę lecieć cały dzień. Po 8h w szkole zjem ewentualnie jakiś owoc. W między czasie po prostu gumy do żucia i woda, z jakimś odchudzającym specyfikiem ewentualnie. Jakiś "zapychacz". Nie widzę innej możliwości zrzucania wagi. Może nie jest to najroztropniejszy sposób - spowolnienie przemiany materii i inne gówna... Ale trudno. Nie mogę znieść myśli, że mogłabym jeść coś, co ma kalorie - te mnie wręcz obrzydzają. Tak już jest. Z czasem troszkę to zmodyfikuję, dodam jakieś kiełki, czarną kawę do śniadania, dodatkową kanapeczkę pełnoziarnistego chleba z pomidorem, ale też bez przesady. Po powrocie do domu mama pewnie będzie mnie raczyła jakimś obiadkiem. Na szczęście jest gorącą zwolenniczką zdrowego żywienia. Nie będzie więc aż tak strasznie.

Mój cel - 40 kg. Jeszcze 8 kilo w dół. Przy wzroście 165cm. Powoli zbliżam się do granicy niedowagi, ale co z tego, skoro moje nogi są wręcz monstrualne...

Może trochę to wyolbrzymiam, bo dzisiaj psychicznie zdecydowanie gorzej się czuję... Wczoraj też (żeby uczcić to, że sobie "odpuściłam" na te ostatnie dni wakacji i to, że do mojej kompanii dołączyło dwóch miłych kumpli imionami Cookie i Muffin) trochę sobie pozwoliłam za bardzo na słodycze...

Cieszę się, że się za siebie biorę. Na poważnie. Bo wiem, że będę zajebista i osiągnę cel. 

2013/08/28

Tylko tyle.

Chwilowe zawieszenie broni.

Tak postanowiłam. Wróciłam do żywych (jeśli chodzi o chorobę) i odpuszczam walkę z rodzicami aż do dnia wyjazdu. Potem zacznie się szkoła, treningi i późne powroty do domu - nikt nie będzie kontrolował mojego jedzenia. I dobrze. Nie będę nic jeść.

Schudnę i będę zajebista. Będę miała super-niedowagę. Zajebiste nogi. Zajebisty brzuch. Zajebiste ramiona. Zajebiste obojczyki.  Zajebistą twarz. Będę perfekcyjna.

W końcu w trumnie trzeba wyglądać ładnie.
Taki żart.

Szkoda, że do szkoły wrócę uboższa tylko o 3 kg, ale wszyscy wiedzą, że wspólne rodzinne wyjazdy nie sprzyjają odchudzaniu. W niektórych sytuacjach tylko czerwona bransoletka przypomina mi kim naprawdę jestem i gdzie jest moje miejsce. 

2013/08/25

Siła perswazji psychiki.

48.1 kg! Te wynik (dzisiejszy) jest na 100% wiarygodny.

A to wszystko dlatego, że się rozchorowałam. Niestety, albo na szczęście. Przez cały poprzedni rok szkolny (bo tak daleko sięgam pamięcią odnośnie mojego zdrowia) nie nabawiłam się ŻADNEJ infekcji, stojąc na przystankach i marznąc na treningach, a teraz, w upały i odkąd rozpoczęłam moją przygodę z Aną - aż dwie. Przez to też moja mama się trochę niepokoi, a ja obiecałam sobie, że następnym razem nikomu nie powiem, tylko sama będę się objadać paracetamolem dla zbicia gorączki. Ta niestety jest bardzo wysoka - dziś w nocy (tak jak i w lipcu) miałam 39,5 kresek na termometrze. Ale dzięki temu chudnę, chudnę, chudnę!

A przede wszystkim - nie poddaję się! I to się liczy najbardziej.

2013/08/22

No i co teraz?

Przez ostatnie dni przytyłam. 0,5kg. Staram się, jak mogę, ale wszędobylskie jedzenie i upierdliwi rodzice u boku nie pozwalają mi na realizację własnych planów.

Teraz dali mi ultimatum. Albo zacznę normalnie jeść, albo mogę pożegnać się z marzeniem, będącym już raz w moim zasięgu. Muszę zacząć bardziej oszukiwać i na rzecz tej kromki (fu...) powiększyć ilość sportu tutaj. Na razie chudnięcie wcale a wcale mi nie wychodzi i nie ukrywam, że jestem tym lekko podłamana. Wiem, że muszę się bardziej starać, ale jest to bardzo trudne.

Znowu mam wrażenie jakbym z tym wszystkim była sama. Już sam fakt, że o tym wszystkim piszę na blogu, na którego nikt nie wchodzi o tym świadczy...

Jest źle. Idę pływać.