Uznałam, że należy jakoś podsumować to, co działo się przez statnich kilka tygodni.
Przede wszystkim schudłam. Ile dokładnie - ciężko powiedzieć, bo jestem na wakacjach i teraz waga nie jest stała. Około 3 kilogramów. Oczywiście - taki wynik w ogóle mnie nie zadowala, zawsze mogło by być więcej, ale z drugiej strony wiem, że naprawdę dużo zrobiłam. Dodatkowo fakt, że są to wakacje nie ułatwia niczego. Rodzice mają większą kontrolę nad tym, co jem, bo spędzamy więcej czasu w swoim towarzystwie. Nie da się również ukryć, że zaczęli się bardziej przejmować całą moją osobą odkąd rozpoczęłam leczenie.
Pytanie: co dalej? Jestem gruba, moje nogi są obrzydliwe, a całe moje ciało przyprawia mnie o torsje. W związku z tym od września biorę się tak ostro za siebie jak nigdy. Wcześnie rano wychodzę do szkoły, z treningu wracam późnym popołudniem. I tak codziennie. Muszę ustalić jakiś program, dzięki któremu będę się utrzymywać w chudnięciu. Mieszkanie z rodzicami w tym nie pomaga. Wszędzie widzę tyle przeszkód...
Generalnie myślę, że niejedzenie to najlepsza strategia. Rano muesli z jogurtem naturalnym i na tym będę lecieć cały dzień. Po 8h w szkole zjem ewentualnie jakiś owoc. W między czasie po prostu gumy do żucia i woda, z jakimś odchudzającym specyfikiem ewentualnie. Jakiś "zapychacz". Nie widzę innej możliwości zrzucania wagi. Może nie jest to najroztropniejszy sposób - spowolnienie przemiany materii i inne gówna... Ale trudno. Nie mogę znieść myśli, że mogłabym jeść coś, co ma kalorie - te mnie wręcz obrzydzają. Tak już jest. Z czasem troszkę to zmodyfikuję, dodam jakieś kiełki, czarną kawę do śniadania, dodatkową kanapeczkę pełnoziarnistego chleba z pomidorem, ale też bez przesady. Po powrocie do domu mama pewnie będzie mnie raczyła jakimś obiadkiem. Na szczęście jest gorącą zwolenniczką zdrowego żywienia. Nie będzie więc aż tak strasznie.
Mój cel - 40 kg. Jeszcze 8 kilo w dół. Przy wzroście 165cm. Powoli zbliżam się do granicy niedowagi, ale co z tego, skoro moje nogi są wręcz monstrualne...
Może trochę to wyolbrzymiam, bo dzisiaj psychicznie zdecydowanie gorzej się czuję... Wczoraj też (żeby uczcić to, że sobie "odpuściłam" na te ostatnie dni wakacji i to, że do mojej kompanii dołączyło dwóch miłych kumpli imionami Cookie i Muffin) trochę sobie pozwoliłam za bardzo na słodycze...
Cieszę się, że się za siebie biorę. Na poważnie. Bo wiem, że będę zajebista i osiągnę cel.
Przede wszystkim schudłam. Ile dokładnie - ciężko powiedzieć, bo jestem na wakacjach i teraz waga nie jest stała. Około 3 kilogramów. Oczywiście - taki wynik w ogóle mnie nie zadowala, zawsze mogło by być więcej, ale z drugiej strony wiem, że naprawdę dużo zrobiłam. Dodatkowo fakt, że są to wakacje nie ułatwia niczego. Rodzice mają większą kontrolę nad tym, co jem, bo spędzamy więcej czasu w swoim towarzystwie. Nie da się również ukryć, że zaczęli się bardziej przejmować całą moją osobą odkąd rozpoczęłam leczenie.
Pytanie: co dalej? Jestem gruba, moje nogi są obrzydliwe, a całe moje ciało przyprawia mnie o torsje. W związku z tym od września biorę się tak ostro za siebie jak nigdy. Wcześnie rano wychodzę do szkoły, z treningu wracam późnym popołudniem. I tak codziennie. Muszę ustalić jakiś program, dzięki któremu będę się utrzymywać w chudnięciu. Mieszkanie z rodzicami w tym nie pomaga. Wszędzie widzę tyle przeszkód...
Generalnie myślę, że niejedzenie to najlepsza strategia. Rano muesli z jogurtem naturalnym i na tym będę lecieć cały dzień. Po 8h w szkole zjem ewentualnie jakiś owoc. W między czasie po prostu gumy do żucia i woda, z jakimś odchudzającym specyfikiem ewentualnie. Jakiś "zapychacz". Nie widzę innej możliwości zrzucania wagi. Może nie jest to najroztropniejszy sposób - spowolnienie przemiany materii i inne gówna... Ale trudno. Nie mogę znieść myśli, że mogłabym jeść coś, co ma kalorie - te mnie wręcz obrzydzają. Tak już jest. Z czasem troszkę to zmodyfikuję, dodam jakieś kiełki, czarną kawę do śniadania, dodatkową kanapeczkę pełnoziarnistego chleba z pomidorem, ale też bez przesady. Po powrocie do domu mama pewnie będzie mnie raczyła jakimś obiadkiem. Na szczęście jest gorącą zwolenniczką zdrowego żywienia. Nie będzie więc aż tak strasznie.
Mój cel - 40 kg. Jeszcze 8 kilo w dół. Przy wzroście 165cm. Powoli zbliżam się do granicy niedowagi, ale co z tego, skoro moje nogi są wręcz monstrualne...
Może trochę to wyolbrzymiam, bo dzisiaj psychicznie zdecydowanie gorzej się czuję... Wczoraj też (żeby uczcić to, że sobie "odpuściłam" na te ostatnie dni wakacji i to, że do mojej kompanii dołączyło dwóch miłych kumpli imionami Cookie i Muffin) trochę sobie pozwoliłam za bardzo na słodycze...
Cieszę się, że się za siebie biorę. Na poważnie. Bo wiem, że będę zajebista i osiągnę cel.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz